Encyklopedia


I LO w Bytowie

Ostatnia aktualizacja: 08/01/2013, 09:08, przez: Marcin Hesse | Znalazłeś błąd? | Drukuj ten artykuł

Chajecka Teresa

Teresa Chajecka- ur. 24.12.1945 r. w Brodnicy nad Drwęcą. Szkołę Podstawową ukończyła w Gorczenicy a Liceum Ogólnokształcące w rodzinnym mieście. Po maturze- studia germanistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po studiach- praca nauczycielki języka niemieckiego w bytowskim LO, od września 1968r. do czerwca 2002r. Jednocześnie kilka lat pracy w Szkole Podstawowej nr 3 w Bytowie i rok w Liceum Zawodowym. Od roku 2002 przeszła na emeryturę. W maju 2004r. podjęła się pracy jako tłumacz przysięgły języka niemieckiego.

 

 

Wywiad z panią Teresą Chajecką, który przeprowadziła Agnieszka Malek i Aleksandra Galikowska w październiku  2007 roku.

Czy została Pani nauczycielką z powołania?
Raczej nie. Nie szłam na studia z zamiarem zostania nauczycielką. Jednak na trzecim roku dowiedzieliśmy się o nakazach pracy. Mnie przypadł Biłgoraj!!! Zgodziłam się więc na stypendium fundowane ze Słupska. A to oznaczało tylko nauczycielstwo. Na szczęście pewne przygotowanie pedagogiczne było na UAM w Poznaniu, tak więc 1.IX.1968r. weszłam do klasy w LO w Bytowie.

Czy jest Pani w pełni usatysfakcjonowana wynikami swojej pracy włożonej w kształcenie młodzieży?
Zawsze można powiedzieć, że mogło być lepiej, ale ogólnie jestem usatysfakcjonowana. Zaczynałam przecież w twardym komunizmie, rosyjski był „na fali”, a nie języki zachodnie, w dodatku niemiecki! Momentami trudno się pracowało, przez 10 lat nie mogłam uczestniczyć w żadnym zagranicznym kursie językowym. Ale i tak miałam dobre wyniki, wielu uczniów zdawało maturę, nawet wtedy, gdy język był przedmiotem wybranym. Dziesiątki absolwentów dostało się na studia germanistyczne i kolegia języka niemieckiego. Chyba większość nauczycieli języka niemieckiego w bytowskich i okolicznych szkołach wyszła spod mojej ręki. W mojej szkole- też! Mam godnych następców. : )

Co według Pani jest najważniejsze w postępowaniu z młodymi ludźmi?
Własny, solidny przykład, przyjazny stosunek do młodego człowieka, sprawiedliwość i świadomość po co się stoi przed klasą. Bo na wyniki czeka i uczeń i rodzice. Choć uczeń doceni to przeważnie w wieku 30 lat.

Czy miała Pani okazję poznać swoich uczniów ”prywatnie”?
Bardzo wielu. Ciągle byłam wychowawcą. Z tego już wynika wiele różnych, także osobistych rozmów i kontaktów. Najbardziej „zżywałam” się z uczniami, którzy brali udział w konkursach, olimpiadach lub szli na filologię germańską czy skandynawską. Mam wrażenie, że wielu osobom pomogłam, zaprzyjaźniłam się.
Na święta do dziś przychodzi sporo życzeń, czasem zdarzy się nieoczekiwana wizyta. Zawsze miałam wrażenie, że w każdej klasie była chociaż grupa młodzieży, która rozumiała czego ja chcę, współpracowała ze mną i ciągnęła innych.

Czy dzisiejsza młodzież znacznie różni się od tej, którą Pani wychowała?
Tak, różni się. Ale to nie jest kwestia, czy jest dobra czy zła. Jest po prostu inna. Człowieka w dużym stopniu kształtuje tzw. świat. Skoro on się tak bardzo zmienił, to i młody człowiek, każdy człowiek. Niestety, przemoc, pośpiech zatracenie wartości, ujęły młodzieży bardzo wiele. Nieraz myślę, że dawna szorstkość, to dziś bezczelność, dawny żargon uczniowski to obecnie stek przekleństw, ale czy to tylko wina uczniów.  ( ? )

Podsumowując, jak ocenia Pani swoją pracę?
Swoją pracę oceniam dobrze, bo chociaż nie czułam na początku wielkiego powołania, to nauczyłam się swojej profesji, miałam dobre wyniki, obcowanie z młodzieżą daje wrażenie „zatrzymania się” czasu, czuję się młodą, bardzo lubiłam swoją pracę.

Jeśli chodzi o system nauczania, który lepiej obrazuje wiedzę ucznia, teraźniejszy czy ten obowiązujący za czasów Pani nauczania? A matury?
Odeszłam w momencie zmiany systemu szkolnictwa. Dużych porównań nie mogę więc dokonać. Uważam jednak, że gimnazja wprowadzono w nieodpowiednim przedziale wiekowym (na zachodzie po 4. klasie podstawówki), źle, że ujęto 1 rok nauki w szkole średniej. Myślę, że to wszystko odbija się na maturze i jej poziomie. To taki „suchy” system, sprawdza się numer, a nie ucznia. Owszem jest bardziej nowoczesny, praktyczny, ale czy lepszy?

Jak Pani wspomina swój egzamin dojrzałości?
To był całkowicie inny system zdawania. Oczywiście pamiętam ogrom strachu, czasem coś się śni, a potem okazało się, że matematyk to też człowiek, a reszta nauczycieli miła i pomocna. Dobre wspomnienia.

Co wspomina Pani najmilej z czasów swej kadencji?
Czule wspomina się chwile, dla których warto było zostać nauczycielem: to święta 
i uroczystości, dobre słowa i kwiaty, sukcesy swoje i uczniów, ale też dwie uczennice, które nie wierzyły, że wrócę po wakacjach we wrześniu, nie zapomnę, One wiedziały, że z powodu ciężkiej choroby nigdy nie wrócę. A ja chciałam się łudzić…

W pracy z młodzieżą zdarza się wiele śmiesznych i zaskakujących sytuacji. Czy mogłaby Pani przytoczyć jedną z nich?
O większości nauczyciel nie wie, wiedzą i pamiętają to lepiej uczniowie. Ale kiedy wejdzie się do klasy z zaczepioną do rajstop spódnicą, a uczniowie nie mogą się skupić ze śmiechu, czy na wycieczce z uczniami spotyka się w korytarzu „kompanię honorową” nagusieńkich 18-latków, to jest zaskoczenie. Pełno takich było…- zamiana klas na języki itp. 

W 1 roku mojej pracy ostatnia klasa wybierała się do Szkoły Zawodowej na zabawę karnawałową. Zostałam wyznaczona na opiekunkę. Na spotkaniu kierowników internatu, pan Kierbicz, zaczął nagle sprawdzać tarcze. Dziewczyny przepraszały i wycofywały się cichutko i pokornie. Kiedy doszło do mnie, pan K. wyszedł z siebie (jeszcze taka bezczelna i się nie wycofuje). Dopiero po chwili gromili śmiech uczennic, kazali mu podnieść wzrok z mojego ramienia na moją twarz…
Do dziś, gdy się spotykamy na ulicy, pyta o tarczę… : )