Encyklopedia


I LO w Bytowie

Ostatnia aktualizacja: 14/10/2014, 09:16, przez: Marcin Hesse | Znalazłeś błąd? | Drukuj ten artykuł

Kaszczuk Antoni

Urodzony 11 maja 1955r. we Wrocławiu (jak sam mówi, strasznie dawno temu), mieszkał w Kłodzku, tam też uczęszczał do szkoły podstawowej i liceum; ukończył astronomię na Uniwersytecie Wrocławskim; następnie wraz z żoną przeniósł się do Kłodzka, gdzie przez 2 lata był nauczycielem matematyki w szkole podstawowej; dyrektor LO od 1996 roku do 2013 r.

Wywiad z A. Kaszczukiem, który przeprowadziła Ania Borzyszkowska we wrześniu 2007 roku:

Jak trafił Pan do Bytowa?
Kiedy powiększyła się rodzina, a mieszkanie było za małe, wpadłem na szalony, desperacki  pomysł i napisałem ponad 100 różnych listów z informacją, że dwoje młodych ludzi – polonistka i matematyk – z dwójką małych dzieci poszukuje pracy i mieszkania. To były takie czasy, że w dużych miastach absolutne nie można było dostać mieszkania. Wziąłem atlas Polski i napisałem oferty do byłych miast powiatowych m. in. do Bytowa, o którym  nie miałem pojęcia, że istnieje i nie wiedziałem jak wygląda. Po pewnym czasie zaczęły przychodzić odpowiedzi i jedną z nich była ta z Bytowa: zapraszamy, będzie nam miło. I tak było. Był to rok 1982. Wówczas inspektorem oświaty był Pan Bernard Leyk. Zaproponował nam mieszkanie i pracę w Pomysku Wielkim Dostaliśmy praktycznie pół domu – weranda, podwórko – ponad stumetrowe mieszkanie. Dzieci rowerami jeździły po mieszkaniu. Pracowaliśmy tam dwa lata, do 1984 roku. Następnie otrzymałem informację, że jest praca w LO, złożyłem podanie na etat nauczyciela matematyki. Wylądowałem w ogólniaku.  Uczyłem tutaj matematyki do roku 1996. Potem zostałem dyrektorem.

Został pan nauczycielem z powołania czy raczej z konieczności?
Kiedy skończyłem studia, nie wiedziałem, że zostanę nauczycielem, ponieważ te studia nie przygotowywały do zawodu nauczycielskiego. Nie miałem kwalifikacji pedagogicznych. Troszkę mnie zmusiła do tego sytuacja, ponieważ kończąc studia byłem już żonaty, miałem rodzinę, więc za nią odpowiadałem. Pensja nauczycielska była wyższa niż akademicka i łatwiej było dostać pracę. Miałem propozycję pracy w planetarium w Olsztynie, ale bez możliwości zamieszkania, za niższą pensję. Dlatego też zdecydowaliśmy się, pragmatyzm zadecydował. Ale dzisiaj widzę, że to było przeznaczenie bo dzisiaj bym się z tej pracy nie wycofał.  Dobrze się w niej czuję.

Czy zdarzały się trudności podczas Pana pracy w LO, czy musiał Pan podejmować trudne decyzje?
Trudną decyzją była ta o przystąpieniu do konkursu na stanowisko dyrektora. Był to przecież prawdziwy konkurs. Byli inni kandydaci. Startowałem z pozycji nauczyciela, namówiony zresztą. Nie ukrywam, że miałem pewne obawy czy podołam, czy dam radę. Miałem taki moment, że myślałem, że nie dam rady i się wycofam. To naturalne, każdy ma taki moment. Pierwszy rok podejmowania decyzji i poczucia odpowiedzialności za wszystko był rokiem trudnym.

Są gorsze i lepsze sytuacje. Ale tych gorszych nie biorę w kategoriach wielkiego nieszczęścia. Jest to, uważam, wpisane w stanowisko i zawód, nie może być tak, że są same dobre strony. Są czasami emocje, różne przykrości i poczucie, że twoja praca oceniana jest niesprawiedliwie. To jest wkalkulowane w ten zawód. Nigdy nie będzie tak, że wszyscy są ze wszystkiego zadowoleni.

Jak pan sądzi, co jest najważniejsze w postępowaniu z młodymi ludźmi?
Trzeba lubić młodzież.

Tylko tyle?
To jest najważniejsze, to cała tajemnica. Jeżeli się lubi młodzież i dobrze się z nią czuje, jest o wiele łatwiej, wówczas można zrozumieć jej problemy i się do nich dostosować. Trzeba być jeszcze wiarygodnym, bo wtedy się ma autorytet. Dla młodzieży to bardzo ważne. I wtedy nie ma się problemów wychowawczych, nie ma się problemów z dyscypliną. Jeżeli nauczyciel nie lubi młodzieży, jest nieszczęśliwy.

Czy podczas swojej pracy zauważył Pan zmiany w zachowaniu, mentalności młodzieży, hierarchii wartości?
Pewnie, nawet ostatnio złapałem się na tym, że w tej chwili waszą rówieśnica jest uczennica, której rodzice byli w klasie maturalnej, kiedy ja rozpocząłem pracę w tym liceum. Tutaj jakby przekręciła się historia. Oni wtedy robili maturę, a teraz ich córka. Na pewno jest różnica. Nie można porównywać Waszego pokolenia do tego z lat osiemdziesiątych, a nawet dziewięćdziesiątych. Ale to dlatego, że wy żyjecie w zupełnie innym świecie – powszechnego dostępu do informacji, możliwości wyjazdu za granicę, wszystkiego w sklepach. Wartości macie zupełnie inne. Ale absolutnie nie oceniam tego w kategoriach „lepsze – gorsze”. Wy jesteście inni, bo musicie być inni. Jesteście bardziej śmiali. Nie bezczelni, śmiali. Bo taki jest świat. Żeby się przebić i dojść do swoich celów to trzeba takim być. Nawet kto wie, czy nie bezwzględnym w pewnej mierze. Może bezwzględnym dla siebie w realizowaniu pewnych celów, bo nie ma pobłażania dla słabszych. Kiedyś, podczas pierwszego spotkania w klasie, gdy wybierano gospodarza i pytałem kto chce nim być, nikt się nie zgłaszał. Kogoś się wypychało, osoba wstawała i jeszcze nie była pewna, czy się nadaje. Teraz trzeba jednak siebie zareklamować, sprzedać, nie można stanąć przed kimś i zapytać, „czy ja się nadaję”.

Jakich uczniów pamięta Pan najlepiej?
To znaczy najlepiej pamięta się uczniów wyrazistych, niekoniecznie najlepszych. Są to nawet uczniowie którzy sprawiali pewne problemy. Gromadziłem wokół siebie uczniów, którzy byli w jakiś sposób niekonwencjonalni, z nimi wiele rzeczy realizowałem. Tworzyliśmy różne porozumienia z uczniami, którzy mieli jakiś problem albo nie potrafili się odnaleźć, byli samotni albo byli w jakimś dołku. Mam satysfakcję, kiedy widzę tych ludzi jako dorosłych, którzy gdzieś się realizują i wiem, że po drodze był  w tym mój udział. I też pamiętam chyba tych pierwszych uczniów, tych najlepszych, ale też takich, z którymi siłą rzeczy musiałem spędzić dużo czasu, żeby ich poznać, których można było poznać.

Jakie chwile w pracy nauczyciela są najprzyjemniejsze?
Najprzyjemniej jest, kiedy ludzie już po latach od skończenia szkoły, spotykają mnie, uśmiechają się, mówią „dzień dobry”. Wtedy widać, że ta praca nie poszła na darmo. Dużo takiej satysfakcji dają spotkania nawet gdzieś na ulicy. Padają słowa: „pan mnie nie poznaje?”, podziękowania. Ale nie chodzi o wdzięczność. Już sam fakt, że taka osoba chce się zatrzymać jest znaczący i miły.

Jak wspomina Pan swój egzamin dojrzałości?
Byłem dobrym uczniem, dobrym matematykiem, tego egzaminu się nie bałem. Jako anegdotę opowiem takie wydarzenie. Nauczycielka matematyki zostawiła nas, 3 najlepszych w klasie, po lekcjach i powiedziała, że sobie nie życzy, abyśmy wyszli pierwsi z sali. Oznajmiła, że powie gdzie mamy usiąść. Jako jeden z lepszych miałem nieformalne zadanie pilnować uczniów słabszych. Była to pani, której baliśmy się okropnie przez cztery lata, była osobą postrzeganą jako postrach pokoleń, bardzo wymagającą. Dopiero przed maturą pokazała ludzką twarz. Jej zasługą jest to, że poszedłem w takim kierunku.

Dlaczego zdecydował się Pan na astronomię?
Ponieważ czytałem Lema. Pod wpływem prozy Lema zostałem studentem astronomii. Lem był moim ulubionym pisarzem w czasach liceum i pod wpływem tej literatury postanowiłem zostać astronomem. Wszyscy się dziwili, wszyscy stukali się w czoło. Ale uparłem się i to zrobiłem. Studia zaczęło 20 osób, a skończyło 6. To był kierunek dosyć ekstrawagancki. Mało popularny, bo trudny. Podręczniki były w języku angielskim. Dzisiaj to nie problem, ale w tamtych czasach... Innych podręczników po prostu nie było. Pierwsze z nich przepisywałem w czytelniach, bo nie było ksera, przychodziłem do domu ze słownikiem i tłumaczyłem.

Jakie są Pana plany na przyszłość?  
Podróżować. Po całym świecie jeździć.

Jakieś konkretne miejsce?
Ja chcę po prostu kiedyś zamknąć dom. Wziąć żonę, zamknąć dom na pół roku i wyjechać. Taki mam plan. Zacznę chyba od wschodu. Pojechałbym na Wschód do Indii, Tybetu  tam jest tyle rzeczy do zobaczenia. Także Francja Południowa, Hiszpania, Portugalia. Nie pojechać na wycieczkę, tylko przemieszczać się samochodem, jechać bocznymi drogami. To jest moje marzenie, tak się umówiliśmy z żoną. I tak chciałbym zrobić, jechać.